PhotoFunia-1554156121

Reklamy

IMG_5918

Jakoś się zrobiło surrealistycznie, niemożliwie i magicznie. Najpierw w dzień spotykamy nas z przeszłości i przyszłości (MATEC znaczy po kreolsku/kabowerdeńsku NAJLEPSI).

Potem postanawiamy ich/nas nawet pozdrowić

IMG_6435_02

IMG_6435_03

A wieczorem znów spotykamy jego, jakby też z przyszłości – dla niepoznaki udaje Włocha.

img-20190322-wa0000.jpg

 

 

IMG_7012

Druga część dnia upływa nam w klimacie bliższym „Sanatorium miłości” niż „Agentowi”. Do obiadu zasiadamy z widokiem na ocean. Lecz miny nam rzedną, gdy widzimy, że na stole czekają na nas koperty:

DSC_0935Co więcej orientujemy się, że zniknął Darek. Wieczorem okaże się, że:

DSC_0807

fot. Agnieszka Walczak

… przygotowywał niespodziankę na uroczystą kolację (która udała mu się doskonale):

DSC_0811

fot. Agnieszka Walczak

Tymczasem my opływamy część wyspy katamaranem. Sprytni tubylcy zrobili z tego niezłą machinę zagłady. Na brzegu upajamy się zapachem obróbki świeżo złowionych ryb. Potem do właściwej jednostki podpływamy łodzią ubrani w bardzo, naprawdę bardzo, a nawet może i bardziej, pomarańczowe kapoki. Buja. Wsiadamy na katamaran – dobra, na tamtej łódce to wcale nie bujało. Do picia jest szampan. Buja bardziej. Donoszą go nawet na siatkę, na której pewnie buja najbardziej, ale jest fajnie. Buja bardziej. Podają chipsy, ale tak bez sampana? To poprosimy jeszcze po lampce. Nie przestaje bujać. Gdy już bujamy w obłokach, ubujani, obsługa zaczyna „animację”. Tańce, głównie bujanie, głównie biodrami, jakby utrzymanie równowagi na tej bujającej łajbie nie było wystarczającym wyzwaniem. I jeszcze obroty. Właściwie już wszystko nam jedno. I tak mi się w głowie kręci. Od bujania i od szampana. Stan ubujania alkoholem. Jeden z animatorów, można się serio zabujać, to się dopiero buja. I nas jeszcze, jak inni wcześniej, buja, że się z nami świetnie tańczy. Buj, buj, bujda, a jutro baj, baj.

DSC_0244

fot. Agnieszka Walczak

Piotrek tłumaczy, że jak buja, to trzeba w jeden punkt patrzeć i o równaniu myśleć. Jak? Ja tu same nierówności widzę, z wielką nieskończonością za burtą. Gdzie tu stały punkt jakiś znaleźć? Na tych falach bujających?

Dobra, jest boja! Ale boja też się buja. Buja boją, aż się boję. Bój się bój, buj, buj, buj, bul, bul, bul… Ci pływać poszli… Będzie ból z tego bul bul. I bąbelki w szampanie bul bul bul. Buja wszystko, buj, buj, że…

 

 

DSC_0863Miodek, a może agent, albo po prostu organizatorzy postanawiają jednak zabrać nas na Marsa. Lądujemy na tajemniczym pustkowiu, pozbawionym roślinności, wody i wszelkiego życia. Nie opuszcza nas jednak wrażenie, że ktoś się czai, ktoś nas obserwuje. Wskakujemy na pick-upy i bawimy się jak w… (kto rozpozna?)

Miodek już tu był, więc stąpa pewnie po tej obcej ziemi:

Choć są wśród nas także odważne i waleczne kobiety:

A przed nami kolejne zadanie – walka w błocie:

Przeciw Predatorowi gotowa stanąć choćby i cała banda obcych:

IMG_6877_01

IMG_6775_01

A na koniec zasłużony relaks w marsjańskiej wodzie tak gęstej, że można na niej siedzieć:

IMG_6838_01

 

…że Miodek wrócił z misji!

DSC_0548

DSC_0416

Tych, którzy nie pojechali na nury, dzielą na grupy i podgrupy. Kombinacji przy tym co nie miara. Raz są trzy grupy, raz dwie, raz nie ma popołudniowej, raz kasują poranną, ktoś się wypisuje, ktoś przenosi, w jednej grupie zostaje jedna osoba, wszystko od nowa.

W końcu pojechali.

Oczywiście nie będę ryzykować pozostawienia ich bez nadzoru. Zabiera się z nimi Agnieszka. Nie będzie brać udziału w zadaniach.  Jedzie jako dla nich – fotograf, dla mnie – obserwator, wyposażona w aparat z paparazzowską lufą i dyktafon. Ale o tym jeszcze nie wie, że ma zawsze przy sobie dyktafon zorientuje się dopiero pojutrze.

Mieli zmierzyć się z kite surfingiem. Co tam się działo… Wersji jest wiele. Wersji nie tylko wydarzeń tamtego przedpołudnia, ale jak widać także  samego kite surfingu. Bo na początek można bez surfingu (czyli puszczać latawce?). Bez wody na piasku (czyli nawet na pustyni). Na siedząco i statecznie.

DSC_0614

Lub na stojąco, ale wciąż statecznie.

DSC_0713

To samo w wersji dynamiczniejszej (ale za to z napięciem w ramionach)

Na siedząco ale z duża prędkością i z czymś więcej niż piaskowym peelingiem pośladków. Latając nad plaża a nie nad oceanem i chyba nie do końca z takim właśnie zamiarem.

DSC_0688

Można też jednak w wodzie i na falach, ale nie na desce, lecz na instruktorze. Ale tak to tylko po 4 godzinach intensywnego intro.

No i można też tak.

DSC_0770

Zbiórka 8.20. Po bezalkoholowym śniadaniu, co na all inclusive wcale nie jest takie oczywiste. Posiłek ma być też lekki. Decyduję się na płatki kukurydziane z jogurtem naturalnym. Dostaję pomarańczowe confetti z nieugotowanym krochmalem o wyglądzie i owszem przypominającym płatki z jogurtem, ale tylko jeśli patrzy się stół zza od wewnątrz zaparowanych a od zewnątrz porysowanych i pokrytych piaskiem Sahary bardzo ciemnych okularów. Zjadam więc pseudonaleśnika z chyba dżemem chyba brzoskwiniowym i bardzo tęsknię za mężem. Po kilka osób wsiadamy do busów. My z Darkiem. Zabrania nam smarować twarzy kremem z filtrem pod groźbą problemów z szczelnością. Mam deja vu, bo lądujemy w niemal identycznym hoteli z bliźniaczym basenem, identycznymi turystami i jeszcze identyczniejszą obsługą. Ale w małym budyneczku jest zamiast mini spa, baza nurkowa. Podpisujemy tony papierów, że nie jesteśmy w ciążach, w ciągu ostatnich miesięcy nie nadużywaliśmy alkoholu, nigdy nie mieliśmy ataku paniki, że pokryjemy koszty, jeśli jakiś rekin rozszarpie czarne pianki, by dostać się do mięsa w środku i że nie będziemy mieć żadnych roszczeń, jeśli zaraz stracimy życie. Nie wiem, czy deklaracja obejmuje nienawiedzanie bazy już jako duch, ale wszystko grzecznie podpisuję. Zresztą przed serią pytań jest instrukcja po polsku, ze w razie zamiaru zaznaczenie nieprawidłowej odpowiedzi w którymkolwiek z punktów, należy skontaktować się z obsługą, która zapozna klienta z taką interpretacją pytania, by mógł z przekonaniem wybrać już odpowiedź oczekiwaną.
– Zabieg chirurgiczny w ostatnich latach?
– Tak.
– Ale tylko jeśli dotyczył uszu…
– Tak, dotyczył.
– Ale tylko jeśli błony bębenkowej…
– Tak błony.
– Ale nie, że była pęknięta?
– Właśnie była.
– Ale w obu uszach?
– Nie, jednym.
– Zaznacz nie i możesz nurkować.

Zakładamy, że cel jest taki, byśmy wszyscy razem poszli pod wodę. Nawzajem bagatelizujemy sobie wszystkie choroby i traumy i idziemy w komplecie. Wcześniej upychamy się w obciskające pianki niczym Bridget przed randką, dobieramy pletwy i idziemy na część teoretyczną. Nasz wykładowca po angielsku wyjaśnia:
– To za pierwszym razem jest bardzo proste.
Darek na wszelki wypadek postanawia nam przetłumaczyć. Zaczyna tak:
Podstawowy kurs nurkowania, wprowadza nas w podwodny świat. Jednak aby tam się znaleźć potrzebne są podstawowe umiejętności nurkowe. Musimy nauczyć się, z czego składa się sprzęt nurkowy i jak go skonfigurować. Montaż sprzętu jest równie ważny jak sprawdzenie bezpieczeństwa, czy metoda wejścia do wody. Musimy nauczyć się zanurzać i wynurzać, oczyszczać automat oddechowy z wody oraz oddychać z alternatywnego źródła powietrza. Bardzo ważne jest perfekcyjne opanowanie pływalności oraz biegłość w przedmuchiwaniu maski.(cytuję za http://www.nurkomania.pl, bo nie miałam możliwości robić notatek na bieżąco).

A to był tylko wstęp. To się nazywa parafraza. Widać zadanie tłumacza poza zmianą języka zakłada także dostosowanie poziomu wypowiedzi do możliwości intelektualnych audytorium.
Całe przedpołudnie ćwiczymy w basenie pływanie po warszawsku, brzuchem po dnie. Kto wczoraj na kolację objadł się za dużo kapusty czy fasoli i ma zwiększoną pływalność, dostaje na pas dodatkowe obciążniki. Ćwiczymy puszczanie baniek nosem, buzią i uszami i wracamy na lekki lunch.
Boję się, że na popołudniowej sesji instruktor znów będzie mnie oglądał, próbując oszacować skalę wzdęcia, więc prawie nic nie zjadam. Wracamy do bazy już bez jednej osoby. Ciekawe…

DSC_0759
Wciskam się ponownie w kostium kobiety kota, w którym wyglądam raczej jak jakiś inny ssak. Krowa morska, a może wieloryb. Jak się w jednym miejscu naciągnie, to w innym marszczy, ale nic nie poradzę, bo na metce wielki znaczek, żeby nie prasować.
Jedziemy na molo. Przygotowujemy sprzęt. Od butli Adama odpada zawór. Prawie odlatuje w kosmos. Adam nie zdąża na nią wsiąść. Szkoda, odwiedziłby Miodka na Marsie. A tak przy okazji: widzieliście, jak się Miodek tam opalił?

IMG_6612
Butlę udaje się jednak ujarzmić. Podobno coś gazu zostało. Może wystarczy, Adam nieduży jest, to dużo nie potrzebuje. Pakujemy się na ponton silnikowy, czy jak się taka maszyna nazywa. Dopływamy do boi, przy której ma być rafa. Fale straszne, boję co rusz przykrywa woda, więc instruktorzy decydują się zmienić miejsce. „To big current. Buoy is sinking” – tłumaczą. Nie do wszystkich dociera, więc Marek wyjaśnia już po polsku: „Tam się jakiś chłopiec topił, wiec zawróciliśmy”. No ładnie, człowiek w niebezpieczeństwie, a my w łódce wyładowanej sprzętem ratowniczym w długą, byle dalej stąd. A zwiewamy szybko, przeskakując przez fale. Butle się wywracają, ta prawie pusta Adama lata po całym pokładzie. Trzymam się jakiejś linki, żeby nie wypaść za burtę. Nagle na plecach czuję silne ramię Davida Hasselhoffa. Jestem bezpieczna. Dopływamy na nowe miejsce. Tam już nikt się nie topi. Przynajmniej na razie. Zakładamy sprzęt na siebie. Trzeba skoczyć do wody z fikołkiem w tył. Przejrzeli mnie, że im dłużej będę się zastanawiać, tym bardziej stchórzę. Mam skoczyć pierwsza. To skaczę.
Czuję się jak Edzia po skoku na bungee. Pewnie też dlatego wrzucili mnie pierwszą, bo bym im jeszcze całe życie zalana łzami opowiedziała. A tak tylko o jednej traumie zdążyłam wspomnieć na pożegnanie: naleśniku na śniadanie.
Schodzenie do dna idzie mi mozolnie. Uszy wywróciły mi się na lewą stronę i nie puszczają baniek. Ale powoli się udaje. Nurkuję w parze z bardzo czarnym instruktorem, trzymając się kurczowo jego bardzo białej dłoni. Mieliśmy być w trójce, ale to w mojej grupie doszło do zniknięcia uczestnika. Pierwszy raz w życiu próbuję ogarnąć ruch w 3D, no może z wyjątkiem sterowanego helikopterka z Lidla.
Na dnie (zeszliśmy jakieś 10 metrów) jest wrak. Rozglądam się za Di Caprio, ale wszędzie tylko ryby. W sumie to może dobrze, bo przecież ten kombinezon taki niewyprasowany.
A ryb tyle, że czuję się, jakbym weszła do Afrykarium wejściem dla mieszkańców. Całe szczęście żaden ze mnie ichtiolog, to nawet jak na rekina wpłynę, to nie poznam. Wdech, wydech, wdech, wydech. Byle na tym się skupić.

DSC_0768

Ale kto odkręcił butlę Adama? I kto tak stoi z boku i się przygląda?

DSC_0752