Całe szczęście wszyscy nasi znajomi uważają, że jedzenie jest czynnością niezbędną, a próbowanie lokalnej kuchni – jednym z podstawowych elementów wycieczek krajoznawczych. (Obszerne sprostowanie zdania o naszych znajomych zamieszczonego w poprzednim wpisie opublikuję wkrótce, w miarę możliwości zanim mnie pozwą o zniesławienie.)

Znajomość z armeńską kuchnią zaczęliśmy jednak fatalnie. Nie wiem, jak o wschodzie słońca zaprezenotwałaby się polska gastronomia, ale tu jedynym czynnym o tej porze miejscem był narożny fast food ze zdjęciami zestawów „coś plus Coca-Cola”.Kiedy udało nam się coś wybrać, pan odpowiedział, że nic z rzeczy na zdjęciach nie ma, a są tylko bułeczki z parówką lub ziemniakiem. Do nich chcieliśmy wybrać z lodówki napoje, ale czegoś w kolorze Ludwika pan nie chciał nam sprzedać, o takie gęste brązowe w słoiku nawet nie prosiliśmy, ale dostaliśmy dwa kefiry, z czego jeden w koperkiem. Powiem tylko, że włos zatopiony w bułce nie był ani jej najgorszą, ani też najtrudniejszą do pogryzienia częścią. Trudno też określić, czy dawniej powstał kefir, który smakował jak naturalny koncentrat wszystkich lokalnych bakterii na bazie przekwaśniałej maślanki, czy bułki. Kefir z koperkiem, który po otwarciu samoistnie wyrzucił w siebie ogórkowo-koprkową lawę, został trafnie podsumowany jednym słowem – mizeria.

Od tej pory mogło być już tylko lepiej. Wieczorem zagryzaliśmy już lokalnym chlebem jagnięciny z pieczonymi bakłażanami, warzywnymi sosami, grzybami, serami i mnóstwem świeżych ziół. A przebojem okazała się rosołowa zupa gęsta od kolendry i koperku. Do tego kawa i wszystko, co można zrobić z mielonych orzechów.
Następnego dnia jedliśmy lunch w naturze – zwiedzając bazaltową symfonię, zostalismy zaproszeni przez wycieczkę szkolną na piknik pod wiszącą skałą. Głęboki kanion, gromada piętnastolatków, czterech opiekunków i (teraz dołóżcie sobie do tego wirtualnie głos Barona) lawasz, domowa pasta z bakłażanów, ogórki, kiełbasy, kawa, koniak, cytrynówka i wóda. Kierowcy nalewali tak samo, bo przecież „to maszyna jedzie”.

Natomiast wieczorem z przydrożnym zajeździe kelnerka zamknęła nas w oddzielnej celi z jednym stołem i malutkim okienkiem. Czekając na losowo wybrane pozycje z karty, opowiadaliśmy sobi o najbardziej dziwacznych i obrzydliwych rzeczach, jakie zdarzyło nam się jeść; ruszając się ośmiornice, surowe wnętrzności ryby, flaki w grilla. I tak od słowa do słowa przeszliśmy do opowieści Martyny Wojciechowskiej o tym, jak w Argentynie częstowali ją naturalnie nadziewanymi (to znaczy jeszcze przez krowę) wołowymi flakami. Na to wchodzi kelnerka i podaje mi sztylet, z nabitym nań flakiem. Przez przeźroczystą błonę prześwitują uchnięte w nią nieregularne ciemne kilkucentymetrowe kulki. Choć w innych okolicznościach trudno byłoby w to uwierzyć, odetchnęłam w ulgą, kiedy okazało się, że to wątróbki. A ja zawsze o sobie mówię, że nie jestem wybredna i jem wszystko (poza wątróbką).

Niektórzy nasi znajomi. wybierając cel podróży, lecą po kolei po indeksie atlasu. Afganistan – niebezpiecznie, dużo naszych, Albania – bunkry i jazda bez świateł, Armenia…
O, to jest pomysł!
Jedziecie?
My zawsze! A co tam jest?
No jak to? Ararat, Agassi, a reszta chyba jak w Gruzji.

Tydzień przed wyjazdem wiedzieliśmy już trochę więcej. Po pierwsze Ararat jest w Turcji. To trochę jak z Izraelem (stolicą nie jest Tel Awiw, a Golgota ma parę metrów). Kłamstwo wielokrotnie powtarzane (na godle, w nazwie co drugiej firmy, w tym tej produkującej najlepsze brendy, w każdej legendzie) staje się prawdą (szczególnie w opinii międzynarodowej). Jakbyśmy się lepiej zawzięli, to może świat wciąż by myślał, że Polska od morza do morza.

Po drugie poza Agassim jeszcze Cher, Aznavour i uwaga – także ze światka muzycznego – System of a down.

Po trzecie z Gruzją nie porównujemy, póki nas tam nie było.

Obawiam się, że właśnie alfabet będzie tutaj jednym z naszych największych przekleństw. Ten akurat z gruzińskim mogę porównać – lepiej nie jest. Nawet sobie nie wyobrażanie, ile wariacji na temat litery u był w stanie stworzyć jeden brodaty facet.

Rano zbudził mnie ryk zarzynanego jagnięcia i krzyki prowadzących go na tę rzeź mężczyzn. Dzisiaj jest bowiem Święto Ofiar, czyli Kurban Bajram, w czasie którego każda rodzina musi zabić barana, upiec, jedną trzecią zjeść, druga oddać sąsiadom lub rodzinie, a trzecią biednym. Po drodze trzeba jeszcze barana podzielić sprawiedliwie na trzy części, co wydaje się zadaniem niełatwym.

Zerwałam się z łóżka rządna wrażeń i gotowa na zwiedzanie miasta zalanego morzem krwi, gdzie na każdym rogu brodaci mężczyźni długimi nożami rozrywać będą baranie trzewia. Między domami krążyć zaś będą kobieta z tacami pełnymi mięsiwa, by przekazać kolejnym rodzinom nadmiar tego dobrobytu. Mustafa przekonuje Muhameda, by ten przekazał swoją porcję Husajnowi, bo on już dostał po jednej trzeciej od Abdullaha i Ahmeda i nie da rady tego zjeść. W końcu jednak ktoś musi zjeść te stada baranów, które wczoraj prowadzono do miasta.

Bałam się, że nie będę mogła zamieścić żadnych zdjęć z dzisiaj, bo będą zbyt krwawe i zostaną ocenzurowane jako zawierające sceny okrucieństwa i przemocy.

Kiedy  jednak podeszłam do okna, dźwięki ucichły i nikogo nie było na ulicy. Przez cały dzień nie zauważyliśmy żadnych oznak święta, poza sporą liczbą osób odwiedzających cmentarz. A na kolację w knajpie, mimo że zamówiliśmy różne dania z baraniny, dostaliśmy wszyscy taki sam gulasz wołowy. Może to święto ofiar wielkiej ściemy?

Niniejszy wpis nie jest polecany wegetarianom, osobom potocznie nazywanym „obrzydliwymi” oraz nadopiekuńczym matkom, które każde jaranie kojarzą z narkotykami i całym złem tego świata.

Kiedy wczoraj męska część wycieczki zgłodniała już na początku spaceru, znajdowaliśmy się akurat w dzielnicy, w której wszystkie bary dostosowały ceny (ale nie ofertę) do potrzeb i kieszeni turystów skoszarowanych w kajutach ogromnego statku zajmującego całe pobliskie wybrzeże. Oddaliliśmy się kawałek i od razu znaleźliśmy niskobudżetową kebabiarnię z pięknym obracającym się na ruszcie przypieczonym mięsem (co te plastry takie cienkie?) i nawet owocami morza. Przesympatyczny pan zaczął od wciśnięcia w usta Mateuszowi małży w ryżem i ten tylko cudem uchylił się od połknięcia muszli. Potem polecił chłopakom specjalność zakładu czyli kanapkę z czymś, co na zdjęciu wyglądało jak pokrojone mięso przysmażone z warzywami. Ci przystali na propozycję, upewniwszy się jeszcze, że mięso na pewno jest z barana. My zdecydowałyśmy się przekąsić kilka małż, ale tym razem samodzielnie. Były pyszne, choć niestety zimne.

Pierwsze wątpliwości zgłosił Kalif, bo wydało mu się, że kanapka podlatuje podrobami. Moim zdaniem pachniała ślicznie baraniną i ostrą papryką. Potem nasze wątpliwości wzbudził kolor mięsa, które było zbyt białe jak na tutejsze standardy. Kiedy Mateusz wypluł niemożliwy do pogryzienia kawał białej gumy, przyjrzeliśmy się dokładnie zawartości rożna. Ujrzeliśmy jakiś kilometr, może i baranich, flaków nawiniętych na obracany drąg niczym gumka do majtek w starodawnej pasmanterii. Rozejrzeliśmy się po knajpie. Na wszystkich zdjęciach potraw widniały flaki i pewnie nawet buda nazywała się Flaki u Mustafy, ale tego nie mogliśmy zrozumieć po turecku. Na odchodne pan z niezwykłą elegancją podszedł do Wiki z najlepszym kawałkiem mięska na szpachli, zwracając się do niej Madame. Wika uciekła z krzykiem. Odprowadziła nas wzrokiem młoda naburmuszona kelnerka, zapewne córka właściciela, które marzy o nieco innej przyszłości niż przejęcie po ojcu flaczanego rodzinnego ineteresu.

A wieczorem poszliśmy na nargilę czyli fajkę wodną i obowiązkową partyjkę tryk traka. Ani to dobre, bo jednocześnie słodkie i drażniące, ani zdrowsze od innych używek, bo podobno ma więcej substancji smolistych niż papierosy. Jedynie może nieco egzotyczne i społecznie pożyteczne. Ale funkcje integrujące społeczeństwo (głównie męską jego część) doskonale spełnia w Turcji już herbata, więc po co się osmalać?

Gdybyście kiedykolwiek chcieli w Stambule zwiedzić muzeum, to NIE wybierajcie Muzeum Historii Nauki i Techniki Islamu. Nawet jeśli leje i chcecie schować się przed deszczem – lepiej wybrać kawiarnię lub nawet przeciekającą koronę drzewa w sąsiednim parku. Nawet jeśli jesteście gotowi zapłacić 5 lir opłaty za wstęp żeby skorzystać z toalety – nic z tego, bo łazienki są w remoncie, o czym dowiecie się po zakupieniu biletu. A już na pewno nie idźcie tam ze względu na zawartość wystawy. Składa się ona z kilkudziesięciu modeli maszyn (katapult, młynów, wag) i budynków (szpitali, obserwatoriów, meczetów) pracowicie odtworzonych na podstawie starych rycin (których w muzeum nawet w postaci kopii zobaczyć nie można). Niczego nie wolno dotykać i nic się nie rusza. Przy dwóch gablotach były guziki, które co najwyżej zliczały wciśnięcia, by zmierzyć zainteresowanie, bo nie wywoływały żadnego efektu. Były za to zawieszone na krasnoludziej wysokości długie opisy w pięciu językach, które dotyczyły głównie autora ryciny źródłowej, oraz animacje wyświetlane na telewizorach plazmowych, w których coś się kręciło, ale głównie przenikało i znikało. I nic nie dało się z tego zrozumieć. O ile mogę zrozumieć, że ktoś bałby się pozwolić używać miniaturowej katapulty szalonym pięciolatkom, to zamykanie w szklanej gablocie zakrzywionych lusterek, tak by z żadnej strony nie dało się ich obejrzeć, to już nadmierna ostrożność. Inaczej wyglądała sala na temat geologii. Zawierała dwie gabloty wyglądające jak szuflada mojej pani od geografii. Tylko że te kilkanaście kamyków miało już podpisy i nikt mnie o nic nie pytał. Nie muszę chyba pisać, jak nudna była sala poświęcona matematyce.

Druga okołomuzułmańska wystawa, jaką obejrzeliśmy, składała się z kilku relikwii i znajdowała się chyba w najładniejszym pawilonie pałacu Topkapi. Wnętrza warto zobaczyć i posłuchać świętego śpiewu na żywo (choć transmitowanego przez radiowęzeł z innej sali). Natomiast muzułmanie pielgrzymują w to miejsce by zobaczyć przez zbrojoną szybę skrzynię, w której podobno znajduje się skrawek płaszcza Mahometa, przez lupę fragment jego zęba, który ułamał się, gdy prorok został ranny w policzek, w fiolce włos, a w innej kępkę brody. Właśnie ze względu na tradycję relikwii postanowiłam już dawno nie być świętą.

Ja już zwiedziłem ten meczet – rzekł Kalif po ogólnym rzucie okiem na wnętrze któregoś z kolei meczetu. Wice podobał się jeden, bo miał mięciutki dywan i podgrzewaną podłogę, co jest szczególnie przydatne, kiedy ciepłe buty zostawia się na zewnątrz. Mnie na początku miło zaskoczyła otwartość Turków i możliwość zwiedzania za darmo wszystkich meczetów poza godzinami modlitw. Ale kiedy już ochłonęłam po tym kulturowym szoku, zafascynowała mnie inwencja niezbędna przy adaptowaniu bizantyjskich kościołów (najlepiej z VII wieku) na meczety. Pierwszą przeszkodę w tym procesie stanowi zwykle orientacja bryły wyraźnie wskazywana przez kierunek naw i typową symetrię osiową. Niestety Mekka jest stąd na południowy zachód. Łatwo więc rozpoznać dodane przez muzułmanów elementy, bo wszystkie lecą na ukos (dywany, podesty, balustrady balkoników, schody a przede wszystkim sam mihrab, który wypada zwykle w wejściu do zakrystii).

Hagia Sofia jest tak ogromna i przestronna, że 5 stopni skrzywienia niby nie powinno się rzucać w oczy. A jednak. Zemsta za Kordobę bije po oczach, choć chwilowo mamy zawieszenie broni i w świątyni nie odbywają się żadne modlitwy. Dzięki temu można pobierać tez spora opłatę za wejście.

Czy to jest nieuprzejme, jeśli wchodzi się do cukiernio-kawiarni, zamawia deser i kawę, a potem parska śmiechem i pluje fusami? Bo my uprawiamy ten proceder od trzech dni dwa razy dziennie. Kawa turecka różni się bowiem od bośniackiej fusami (różni się na plus, ale to nie jest plusem), a słodycze są często niejadalna, nawet w porcjach degustatorskich. Aby uzyskać turecki deser, należy dowolny przysmak (albo obojętnie jakie jedzenie, np. pierś z kurczaka) zalać wiadrem syropu cukrowego i pozwolić mu nasiąknąć i się porządnie rozciapciać. Tego typu desery upodobał sobie Mateusz. Za każdym razem zamawia coś w innym kształcie i kolorze (np. wołowych klopsów) i zawsze to okazuje się tym samym. Mimo to Mateusz twierdzi, że dostrzega jakieś różnice w smaku (przypominam, że deser ten ma wyłącznie smak słodki i może różnić się jedynie intensywnością). Drugim sposobem jest zmiana konsystencję deseru na maksymalnie gumiastą. Te smakołyki przyciągają szczególnie mnie. Jadłam już lody, z których można robić balony, budyń, który pozostaje całością mimo pogryzienia oraz słynne żelki w talku o smaku orzechowym. A dzisiaj kupiliśmy tradycyjne tureckie ciastko (już ten opis zapowiadał ekstremalne doznania). Nadgryźliśmy kawałek litej białej bryły i teraz chłopaki założyły się (nie powiem o co, by ich nie kompromitować) i przegrany ma jutro przed północą zjeść resztę. A tak poza tematem: co Wam przywieźć z Turcji?