Czy to jest nieuprzejme, jeśli wchodzi się do cukiernio-kawiarni, zamawia deser i kawę, a potem parska śmiechem i pluje fusami? Bo my uprawiamy ten proceder od trzech dni dwa razy dziennie. Kawa turecka różni się bowiem od bośniackiej fusami (różni się na plus, ale to nie jest plusem), a słodycze są często niejadalna, nawet w porcjach degustatorskich. Aby uzyskać turecki deser, należy dowolny przysmak (albo obojętnie jakie jedzenie, np. pierś z kurczaka) zalać wiadrem syropu cukrowego i pozwolić mu nasiąknąć i się porządnie rozciapciać. Tego typu desery upodobał sobie Mateusz. Za każdym razem zamawia coś w innym kształcie i kolorze (np. wołowych klopsów) i zawsze to okazuje się tym samym. Mimo to Mateusz twierdzi, że dostrzega jakieś różnice w smaku (przypominam, że deser ten ma wyłącznie smak słodki i może różnić się jedynie intensywnością). Drugim sposobem jest zmiana konsystencję deseru na maksymalnie gumiastą. Te smakołyki przyciągają szczególnie mnie. Jadłam już lody, z których można robić balony, budyń, który pozostaje całością mimo pogryzienia oraz słynne żelki w talku o smaku orzechowym. A dzisiaj kupiliśmy tradycyjne tureckie ciastko (już ten opis zapowiadał ekstremalne doznania). Nadgryźliśmy kawałek litej białej bryły i teraz chłopaki założyły się (nie powiem o co, by ich nie kompromitować) i przegrany ma jutro przed północą zjeść resztę. A tak poza tematem: co Wam przywieźć z Turcji?

Reklamy