Niektórzy nasi znajomi. wybierając cel podróży, lecą po kolei po indeksie atlasu. Afganistan – niebezpiecznie, dużo naszych, Albania – bunkry i jazda bez świateł, Armenia…
O, to jest pomysł!
Jedziecie?
My zawsze! A co tam jest?
No jak to? Ararat, Agassi, a reszta chyba jak w Gruzji.

Tydzień przed wyjazdem wiedzieliśmy już trochę więcej. Po pierwsze Ararat jest w Turcji. To trochę jak z Izraelem (stolicą nie jest Tel Awiw, a Golgota ma parę metrów). Kłamstwo wielokrotnie powtarzane (na godle, w nazwie co drugiej firmy, w tym tej produkującej najlepsze brendy, w każdej legendzie) staje się prawdą (szczególnie w opinii międzynarodowej). Jakbyśmy się lepiej zawzięli, to może świat wciąż by myślał, że Polska od morza do morza.

Po drugie poza Agassim jeszcze Cher, Aznavour i uwaga – także ze światka muzycznego – System of a down.

Po trzecie z Gruzją nie porównujemy, póki nas tam nie było.

Obawiam się, że właśnie alfabet będzie tutaj jednym z naszych największych przekleństw. Ten akurat z gruzińskim mogę porównać – lepiej nie jest. Nawet sobie nie wyobrażanie, ile wariacji na temat litery u był w stanie stworzyć jeden brodaty facet.

Reklamy