Chyba wgryźliśmy się w Stambuł na tyle, by napisać coś o jedzeniu. Ale na początek o piciu. Dotychczas odważyliśmy się w siebie wlać:

  • litry soku z granatów – eksplozja smaku, bo tutejsze granaty wręcz (ręczne w sensie) wybuchają z dojrzałości
  • świeży sok z pomarańczy – nieziemsko słodki, szczególnie w porównaniu z…
  • kubkiem soku z cytryn (ośmiu) – to ja taka odważna i kwaskolubna, mniam, szczególnie polecane przy niedoborach witaminy C (C*?)
  • Şalgam suyu – sfermentowany sok z czarnej marchwi (która po sfermentowaniu jest buraczana) i rzepy, ostro przyprawiony. Smakuje jak ocet zmieszany z tabasco. Może dobre na składnik sosu, ale żeby to pić…
  • airan – słony rozwodniony jogurt – idealny na upał i do popijania tych wszystkich ociekających tłuszcze posiłków
  • całe pole tulipanów czarnej herbaty – bo w charakterystycznych kielichowatych szklankach podają ją tu wszędzie i do wszystkiego, czasami zapominając rozcieńczyć esencję wodą.

A teraz o jedzeniu:

  • kebap
Reklamy

Nie wzięliśmy ręczników. Hostel pisał na stronie, że będą. Ale nie ma. Niestety turyście wyglądającemu na turystę nie jest dane kupić w Stambule ręcznika nieturystycznego (czyli takiego, którego używa się, będąc turystą, a nie wiezie do domu jako pamiątkę lub podarunek dla babci). Po całym dniu zwiedzania znaleźliśmy sklep z między innymi (szmatami) ręcznikami. W środku czekał na nas pan spragniony towarzystwa i zawartości naszych portfeli. Chyba ani na chwilę nie uwierzył nam, że chcemy się tym ręcznikiem wycierać i to w Turcji. Na naszą hojną propozycję ceny 10 lir (17 złotych) za najzwyklejszy ręcznik, zgodnie z oczekiwaniami, zareagował śmiechem. Potem wypytał, skąd jesteśmy, co robimy i co nas łączy (prawie łyknął, że Kalif jest moim drugim mężem). Targowaliśmy się dzielnie chyba pół godziny. Kalif próbował pokonać pana jego własną bronią, nazywając go swoim przyjacielem i gwarantując, że cena, jaką mu proponuje jest specjalnie dla niego i dzięki sympatii, jaką go darzy. Pan był nieugięty poniżej 15 lir, więc wyszliśmy, straciwszy wiele więcej czasu niż potrzebujemy, żeby zarobić te 17 złotych. Żeby ustalić rynkową cenę tureckiego ręcznika, poszliśmy na targ. Na pierwszym straganie tekstylnym powiedzieliśmy, że szukamy zwykłego ręcznika. Oburzona ekspedientka piękną angielszczyzną odpowiedziała, że u niej żaden ręcznik nie jest zwykły. Wszystkie są wyjątkowe, z certyfikatami unijnymi, z ekologicznej bawełny, ręcznie tkane, na krośnie (na kartce miała nawet napisane, jak jest krosno po polsku) i kosztują o 90 lir wzwyż. Są zatem ręcznikami dla turystów. A my to co, przepraszam? Poszliśmy więc do supermarketu i kupiliśmy dwa ręczniki po 7,5 liry każdy. Pan miał już zamknięte, ale może kupiłby od nas jeden za dychacza, dohaftował napis Turcja i był piątaka do przodu.

Wierni i niewierni śledzący!

Ja tu z żadną wyprawą krzyżową, lecz na pokojowe zwiedzanie, ale za to w niezwykle odpowiednim towarzystwie:

  • mojego męża, który flagę Turcji kojarzy z C* algebrą
  • Kalifa, który ze swoją ksywą (Filak  czytane nomen omen po arabsku) nie mógł nie dostać zaproszenia na ten wyjazd
  • oraz Wiktorii, niczym Sobieskiego pod Wiedniem.

Czas na zapoznanie z kulturą też wybraliśmy doskonale. Zaczynamy w święto narodowe – 88. rocznicę proklamowania republiki, a kończymy w religijne (czy odpowiednikiem kościelnego powinno być meczetowe?) – Święto Ofiar, czyli publiczne, zbiorowe, masowe zarzynanie baranów. Dotychczas jedynym, mam nadzieję, odświętnym zachowaniem, jakie zauważyliśmy, było klaskanie przed startem samolotu, podczas tureckiego kazania wygłaszanego przez stewardessę. I jeszcze przypomnienie o święcie z życzeniami od kapitana zaraz po podaniu pogody i wysokości przelotowej. Czy ktoś leciał kiedyś polskimi liniami 11 listopada? Albo inaczej, czy ktoś kiedykolwiek usłyszał życzenia z okazji polskiego święta państwowego (z wykluczeniem orędzia prezydenckiego)?

Nie chcę ziać tu pacyfistycznym fanatyzmem ani roztrząsać sporów politycznych, etnicznych i religijnych, które targają Bałkanami od wieków. Jednak po zobaczeniu znacznie większej liczby tabliczek Uwaga miny!, niż przewidziano dla przeciętnego turysty, w domu zapuściliśmy się w gąszcz internetu. Z każdych wakacji przywozimy zbiór pytań dla cioci Wikipedii, ale zwykle są one bardziej błahe od Ilu ludzi ginie co roku od min w Jugosławii? Turystów – zero, a mieszkańców – w ostatnich latach do 10 (choś w 2008 – 19) i drugie tyle rannych. Spora część to osoby pracujące przy rozminowywaniu. Albo, ile kosztuje zrobienie jednej miny przeciwpiechotnej? W hurcie złotówkę i może to zrobić każda fabryka, która umie produkować długopisy ze sprężynką. A rozminowanie? Kilkaset złoty od sztuki, bo to trudno robić w hurcie. Czy tam, gdzie zawróciliśmy, rzeczywiście było zagrożenie minowe? Tak, według mapy wyżej to jedna z ciemniejszych czerwonych plam.

Bośnia jest najbardziej zaminowanym krajem Europy i według niektórych wskaźników – także na świecie. Plany zakładają rozminowanie do 2019 roku.

Mateusz struł się żabami i cierpi już w Chorwacji. W marinie w łazience ja myję menażkę po kaszce, a opalone nimfy nakładają tony makijażu, żeby zadawać szyku na przed grubymi rybami, które są właścicielami wszystkich tych ekskluzywnych jachtów. A Mateusz ma chyba majaki, żaby mu w brzuchu grają, zmysły się wyczuliły, a oczy napuchły, bo takie zdjęcie nad jeziorem zrobił:

W ostatni dzień w Bośni (darowany przez nieprzychylne wiatry, które zatrzymały w jakimś porcie  łódkę przeznaczoną dla Pani K. i Różowego Króliczka) i ostatni dzień używania lądowego rowery chcemy wykorzystać możliwie najpełniej obie te dogodności. Jedziemy górską drogą do polodowcowego jeziora. Droga kręta, to pnąca się w górę, to zjeżdżające w stronę rzecznego kanionu. Z kamienia, ale nie kamienna w sensie Via Appia, lecz raczej usypana z grubego żwiru, czyli rozłupanego kawałka tutejszych gór. Czasem wydobytego właśnie w miejscu, przez które teraz przejeżdżają samochody, jakoś mieszcząc się między dwiema skalnymi ścianami. Wszędzie piękne widoki, łąki i głazy, ludzi czy innych wehikułów ani śladu. Czasem krajobraz znika w tumanach kurzu, kiedy nas bardziej zarzuci na zakręcie. Słuchamy muzyki, podskakując wesoło na większych kamyczkach. Całę szczęście zawieszenie naszego pojazdu zniesie wszystko. Czasem przy większych nierównościach tracimy przyczepność, więc Różowy Króliczek próbuje wyłączyć mechanizm różnicowy (kolejne po sprawdzaniu zbieżności zaawansowane narzędzie matematyczne, które znalazło zastosowanie w motoryzacji?), bo mamy taką zbajerowaną możliwość, ale wydaje się być tylko gorzej. Pani K. ma chyba z jazdy coraz mniejszą przyjemność i pyta, czy nie było innej drogi. Różowy Króliczek coraz lepiej czuje wóz,  łapie wiatr w żagle (Ach, nie, te zostały w zatoce!), przyspiesza i pląsa, choć jeszcze nie tańczy, za zakrętach. Chowam laptopa, bo trzęsie i rzuca, że nie trafiam w klawisze. Wyłączamy muzykę, bo zarysuje płytę, więc słychać złowrogie pomrukiwanie Pani K. Różowy Króliczek próbuje je zagłuszyć silnikiem i wdeptuje do 60. Tak się rozglądam i widzę, że z obu stron to co prawda łączka, al z kamieniami, a ta nasza droga to na takim kilkudziesięciu centymetrowym nasypie i stromych ścianach. Chyba, ewentualnie oczywiście, nie da się z niego zjechać w sposób kontrolowany. A przynajmniej z tą prędkością. Ale przecież też nikt nie ma zamiaru, a poza tym samochód terenowy, więc o co chodzi. W dodatku zapobiegliwa Pani K. fundnęła Różowemu Króliczkowi jakiś czas temu kurs wychodzenia w poślizgu. To chyba żadna różnica, że w zupełnie innym samochodzie?

Tymczasem jedziemy 70. Ależ ta Bośnia piękna! Nic się nie boję. Przeżyłam ostatnio bardziej mrożące krew w żyłach przygody, jak np. ewakuacja biurowca z powodu spalonego tosta w mikrofalówce. Cało wyszłam z takiego pożaru, to się przecież tutaj nie rozbiję. Jedziemy 80. Droga chwilowo dość prosta, tylko za jakieś 100 metrów się zwęża, bo znów wchodzi w skały. A jeśli Różowy Króliczek nie skontruje kierownicą kolejnego podskoku na jakimś kamieniu, bo będzie się drapał po łydce? Wpadniemy w poślizg, wyrzuci nas z drogi, dachujemy,,, Albo dojedziemy slalomem lub bokiem do tych skał i rozsmaruje nas na ścianie… Albo coś będzie jechać z naprzeciwka… Ale tę Bośnię pięknie było zdążyć zobaczyć!

Bez takich emocji jazda terenowa nie byłoby już taka sama. A jezioro? Przepiękne!

Przyznajcie się, mamy, która nie wytrzymała napięcia i skoczyła na koniec tekstu, nie zastanawiając się nawet, czy w bośniackich szpitalach jest WiFi? Tak naprawdę, to rozbiliśmy się na jeziorem, ale noc wcześniej i innym, i w namiotami. Nie mogliśmy znaleźć noclegu. Franciszkanie z ogromnego i zailuminowanego niczym budynek energetyki klasztoru przestraszyli się nas śmiertelnie i obiecywanego w przewodniku opierunku nie zaproponowali. Zapytaliśmy więc w jakiejś knajpie. Wskazali łąkę na końcu drogi, poczęstowali piwem i podsumowali nas na 35 złoty. Kiedy daliśmy im więcej, wydali resztę w domowych ciastach i pomidorach. A rano taki widok z drzwi namiotu:

Na wyjazdach jednym z ciekawszych sposobów chłonięcia lokalnego kolorytu jest snucie się po ulicach ze szpiegowskim teleobiektywem i zcichapękł uwiecznianie co ciekawszych indywiduów. Łowię dla chłopaków co rozbierańsze lachony i dla nas co smakowitsze ciasteczka. Czasem pewnie zdarzy nam się utrafić turystę, ale jeśli wart, może zostać w naszej kolekcji. A oto nasz ludźnik z podróży do Bośni i Hercegowiny.